wtorek, 11 października 2016

201. I tak powstała wasza mamusia ;)


 Ostatnio przypomniałam sobie, że nie pokazywałam tutaj jeszcze moich nowych magnesików na lodówkę, które dostałam od mojego kochanego chrześniaka.
Konradek pamiętał o mnie podczas swoich wakacji nad morzem. DZIĘKUJĘ !!!







Pamiętała też o mnie moja bratowa :) DZIĘKUJĘ Edytko :) 






 Niedawno wchodzę do kuchni, a tam dzieci z rozdziawionymi buziulkami słuchają wywodów mojego małżonka:

Kiedyś poznałem dziewczynę. Była bardzo dzika, więc postanowiłem ją oswoić dla dobra ludzkości.
I tak powstała wasza mamusia :)


Pozdrawiam cieplutko :) 

sobota, 1 października 2016

200. Kamieniście ;)


 Dzisiaj znów o kamieniach będzie mowa.
Pewnie pomyślicie sobie, że po ostatnich wydarzeniach (wybita szyba w drzwiach od patio) powinnam mieć dość kamieni na następne 50 lat. Nic bardziej mylnego. Te same kamienie, które niedawno były przyczyną mego nieszczęścia teraz ratują moje zdrowie psychiczne.
Po tym jak stare kamienie powciskały się w glebę lub też zniknęły w dość tajemniczych okolicznościach ;) najmniejszy deszcz sprawiał, że przez dość długi czas mieliśmy błotnistą kałużę zaraz przy drzwiach wyjściowych na ogródek.
 Dzieci moje bardzo lubią hasać po ogródku, więc często chcący bąź mniej chcący taplały się w błocie ile wlezie. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że dzieci mając za nic zszargane matczyne nerwy co chwilę wbiegały w swoich obłoconych bucikach do patio, bądź dalej ,,na salony'' !
W domu Peppy błoto czyściło się prawie samo a u mnie jakoś tak nie bardzo chciało…
Inna sprawa, to taka, że widok wcale przyjemny dla oka nie był.
 Najpierw zajelismy się odwodnieniem terenu, i tu z pomocą przyszła beczka na wodę zamontowana na rynnie, która jak się w końcu okazało żadnego ujścia do studzienki nie miała :-o
Potem poszło jak z płatka: powiękrzenie trawnika, 850 kg kamieni i problem został rozwiązany :) 








Miłego dnia :) 

sobota, 17 września 2016

199. Jak nie urok to sraczka...


  Co wrażliwszych przepraszam za niezbyt wyszukane słownictwo w tytule posta, ale w tej chwili właśnie to powiedzenie chodzi mi po głowie. Kilka dni temu kosiłam trawę w ogródku i nie zauważyłam, że w trawniku był kamień (nie pierwszy zresztą i pewnie nie ostatni), ale ten właśnie wystrzelił jak z procy prosto w moje szklane drzwi od patio. Rezultat zobaczcie sami! 




Kochani szczęśliwa jestem, że ten kamień nie uderzył w żadne z moich dzieci, które przeceż jak zwykle kręciły sie po ogródku pomagając bądź przeszkadzając we wszystkim co akurat się robi. 
Dzięki Bogu nic im się nie stało. Szyba, no cóż do wymiany. Być może nawet całe drzwi, bo są dość stare. 
Jeśli chodzi o dzieci, to jednego jestem pewna - nie będą już więcej w ogródku podczas koszenia trawy. 


 Uraczę Was jeszcze jednym zdjątkiem dzisiaj. Nieco weselszym :) Oto jaki widok zastałam dzisiaj rano w toalecie :) 



Miłego dzionka życzę :) 

poniedziałek, 12 września 2016

198.

 Sama nie wiem od czego mam zacząć pisanie. Kiedyś wspominałam, że im dłuższą mam przerwę w blogowaniu, tym trudniej jest mi sklecić posta. Ostatnie dwa tygodnie sierpnia spędziliśmy w Polsce u rodziny. Było fajnie, ale nie wspaniale. Do pełni szczęścia zabrakło zdrowia dla jednej kochanej osoby.








Do następnego razu. 

czwartek, 11 sierpnia 2016

197. Książki dla rodziców.




 Ostatnio przeczytałam bardzo ciekawą książkę (na zdjęciu poniżej), którą polecam wszystkim rodzicom.

 Wspaniały poradnik, który moim zdaniem warto przeczytać niezależnie od tego, czy borykamy się z problemami wychowawczymi w rodzinie czy nie.






 Teraz czytam kolejną książkę, tych samych autorek, będącą jakby kontynuacją tej pierwszej i zawierającą praktyczne porady oraz wskazówki ułatwiające komunikację z dziećmi.




Gorąco polecam!


 Znajomi poprosili nas, abyśmy się zaopiekowali ich kotem, gdy będą na urlopie i tak oto mamy w domu takiego ślicznego kocurka :) Dzieciaki go uwielbiają, a Zeus jest bardzo cierpliwy i wyrozumiały.
Dzielnie znosi nadmiar dziecięcego zainteresowania :)




Pozdrawiam cieplutko :)

sobota, 30 lipca 2016

196. Haft uratowany i jagodzianki.

 Ogłaszam wszystkim zainteresowanym, że haft udało się uratować :) Nawet nie wiecie, jak się cieszę :). Dziekuję Wam za każda jedną poradę i każde dobre słowo pod ostatnim postem.

 Po sześciu dniach, w ciągu których ta poplamiona część haftu praktycznie nie wysychała, tylko traktowana była różnymi specyfikami udało się wywabić plamy. Napiszę Wam, co stosowałam, ale ciężko mi jednoznacznie stwierdzć, co pomogło :

- vanish
- kwasek cytrynowy
- mydło biały jeleń
- płyn do mycia naczyń
- domestos w sprayu
- sodę oczyszczoną
- proszek do pieczenia
- proszek i płyn do prania 
- woda utleniona

Wszystko to było stosowane w niezliczonych ilościach i różnych kombinacjach. Haft też zaliczył dwa prania w pralce w 40 stopniach.
Postawiałm wszystko na jedną kartę, albo się uda wywabić plamy, albo zrobię w hafcie dziury :) 

A tak haft wygląda obecnie :)



  Mąż ostatnio w sklepie polskim kupił dość sporo jagód.  Tych naszych polskich prawdziwych, nie borówkę amerykańską. Robiliśmy koktajle, ale i tak sporo zostało, więc zrobiłam jagodzianki. Pierwszy raz, z tego przepisu, tyle, że z podwójnej porcji. Pominęłam tylko kruszonkę. Wyszły pyszne i dzieciaki się nimi zajadały :) Polecam. 

Na zdjęciach jest oczywiście borówka amerykańska, ale to tylko w celu upiększenia zdjęć :) 




Pozdrawiam cieplutko :)

sobota, 23 lipca 2016

195. Disaster ;)



Zacznę od tego, co przyjemne: nareszcie w Anglii jest prawdziwe lato :) Długo kazało na siebie czekać, ale w końcu jest i oby było jak najdłużej. Dzieciaki rozpoczęły wakacje, więc tym bardziej, ładna, słoneczna pogoda jest mile widziana.


Teraz będzie mniej przyjemnie. Moje porzeczki, do których wróciłam po długiej przerwie zostały poplamione czarnym długopisem żelowym. I nie jest tu mowa o kropce, czy kreseczce, ale o kilkucentymetrowych plamach, które początkowo były czarne jak smoła! Wszystko to, przez moją nieuwagę! Otwarty długopis, którym zaznaczałam zrobione krzyżyki w pośpiechu wrzuciałam do koszyka z haftem.

Po dwóch dniach moczenia w vanishu, pocieraniu plam kwaskiem cytrynowym i innych tego typu zabiegach haft wygląda tak:






Haftu raczej nie uda się uratować, więc prawdopodobnie wyląduje w koszu :(


Jako, że nieszczęścia zwykle chodzą parami to jeszcze podczas pieczenia chleba miałam bliskie spotkanie z rozgrzanym garnkiem żeliwnym, a dokładnie z jego pokrywką, co zaowocowało ok. 5 cm raną na ręce.


Ale nic to moi drodzy. Chleb i tak został upieczony, a piękna pogoda nie sprzyja haftom, na które i tak się nieco obraziłam :)


Pozdrawiam cieplutko :)