piątek, 25 września 2015

174. Make time.

  Ostatnio zauważyłam, że jak na ironię gdy mam mnóstwo rzeczy do zrobienia i czasu jak na lekarstwo wymyślam sobie dodatkowe zajęcia.
A to jakieś czasochłonne danie na obiad sobie wymyślę, albo porządkowanie czegoś, co absolutnie już nie może zaczekać ani chwil dłużej, a to jeszcze basen z dzieciakami obskoczę...
Faktem jednak jest, że jeśli uda mi się wcisnąć w swój napięty grafik jakieś dodatkowe zajęcie i je wykonać nie psiocząc przy tym na wszystko, na czym świat stoi, to jestem później bardzo zadowolona :)
  Niedawno przecząc zdrowemu rozsądkowi mając mnóstwo różnych spraw do załatwienia i rzeczy do zrobienia zabrałam się za wekowanie reszty buraków, które urosły w moim ogródku i nie zostały jeszcze pożarte. W sumie po ugotowaniu i obraniu było ich 3 kg i zawekowałam je z papryką i cebulą.
Z rozpędu powstało jeszcze leczo z cukinii. W sumie 13 słoików. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych to żaden wyczyn, ale
są to moje pierwsze samodzielne zmagania z tego typu przetworami, więc jestem dumna jak paw :)
Dodatkowo pierwsze próby robienia wędlin przy pomocy szynkowara przyniosły więcej niż zadowalające efekty :) Pierwsza wędlina została zrobiona z wytrybowanych udek z kurczaka z dodatkiem soli himalajskiej, majeranku, pieprzu i czosnku
Mielonka natomiast jest zrobiona z piersi z kurczaka zmielonych na grubym sicie wraz z karkówką i tymi samymi dodatkami co wędlina z udek.
Żadnych soli peklujących lub innych zbędnych wypełniaczy.
Polecam. 






Pozdrawiam :) 

czwartek, 3 września 2015

173. Interes życia ;)


  Na początku chcę Wam podziękować za tyle miłych komentarzy pod moim ostatnim postem.
Świadomość, że moje hafty podobają się aż tylu osobom dodatkowo mnie mobilizuje do dalszej pracy, a Wasze komentarze sprawiają, że blogowanie ma sens...



  Dzisiaj będzie jednak nieco inaczej ;) 

  Parę ładnych lat temu kupiłam sobie upragniony rower. Nie, żeby był mi wówczas jakoś szczególnie potrzebny, czy też niezbędny, ale zwyczajnie na niego zachorowałam i musiałam go nabyć :)

  Trzeba Wam wiedzieć, że od czasu Pierwszej Komunii Świętej nie maiłam własnego roweru, a i tym, który wtedy dostałam nie cieszyłam się zbyt długo, bo jeszcze tego samego dnia robiąc interes życia
przehandlowałam go starszemu bratu za uwaga... – jedną sztukę królika białego, któremu nadałam imię Kasia :)
Oczywiście rower pozostawał w domu więc mogłam z niego korzystać, ale już nie tak swobodnie i bez ograniczeń jak wtedy gdy był jeszcze moją własnością.
 No ale wracając do wątku głównego zakupiony rower użyty zaledwie kilka razy stał i gromadził kurz przez dobre trzy lata.



 Jako, że syn mój już doroślejszym się staje, to dostał nowy rowerek, nieco większy i bez dodatkowych kółek, no i czasami w weekendy pobiera lekcje nauki jazdy pod czujnym okiem tatusia i chociaż jeździć samodzielnie jeszcze nie umie, to postępy już widać.
 Ja w czasie trwania tych lekcji staram się jakoś młodszą latorośl utrzymać z dala od kół roweru, a trzeba Wam wiedzieć, że jest to zadanie niełatwe i bardzo niewdzięczne, bo dziecię cały czas rwie się do biegu (za rowerem, tatusiem, Wojtusiem) niczym koń wyścigowy.
Wpadłam więc na pomysł i usidliłam nieco Juleczkę :)
 Wyprowadziłam na światło dzienne wspomniany, mój już mocno zakurzony rower z zamontowanym siodełkiem dziecięcym jeszcze za czasów gdy Wojtuś miał ze dwa latka.
Córcia przejażdżką była zachwycona. Co chwilę słychać było radosne i zarazem dopingujące okrzyki ,, jedź mama! Jedź!!!'' 








Do następnego razu :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

172. Malinki V. Enginger – koniec :)




   Dziś same konkrety, bez żadnego wodolejstwa :)
 Malinki skończone :) Pozostało tylko poszukać odpowiedniej ramki i oprawić. 







Pozdrawiam :)

 

niedziela, 23 sierpnia 2015

171. Pomoc, której zastąpić nie sposób ;)

  Mieszkanie z dala od kochających nade wszystko swe wnuki babć i dziadków, od cioć i wujków kombinujących na wszelkie sposoby jakby tu dzieciakom zapewnić dodatkowe atrakcje, od tych i innych członków rodziny gotowych przejąć rodzicielskie obowiązki na czas jakiś, czas który daje rodzicom cenną chwilę wytchnienia ma niestety wiele minusów.
  Dodatkowa zmienna praca obojga rodziców owocuje, tym że dzieci ,,pełną gębą'' biorą czynny udział we wszystkich pracach, przedsięwzięciach rodzinnych lub też robią wszystko, by te nie zostały wykonane sprawnie i łatwo : )



   Choć wydaje się byś sprawą logiczną, że uczestnictwo dzieci w różnych domowych obowiązkach, dodatkowych zajęciach, na złe im wyjść nie może, to jednak rodzicielskie zdrowie, szczególnie psychiczne często na nie lada próbę zostaje wystawione, że o cierpliwości już nie wspomnę :)


  Są przecież zajęcia w których dzieci raczej uczestniczyć nie powinny, lub powinny w sposób minimalny. 
Nie trudno się też domyślić, że każda, nawet drobna praca potrafi się bardzo przeciągnąć w czasie.



- ,,Mamo idzie kupa'' (gdy mama akurat jest w połowie zmywania naczyń lub krojenia czegoś na obiad)
- ,,Telas ja '' - komunikuje Julia i bez chwili wahania, próbuje dosięgnąć swoimi oblepionymi w piasku łapkami akurat wyrabianego przez matkę ciasta na pizzę :)
- Matka skupiona nad czymś, Wojtuś, który jest zafascynowany matematyką pyta oczekując natychmiastowej odpowiedzi – mamo a ile jest tysiąc plus tysiąc plus tysiąc tysięcy milionów tysięcy?
- Julia cały czas ściąga skarpety. Wraca z podwórka na bosaka. Pytam gdzie są skarpety i buty?
,,nie niem'' (nie wiem)
- Dzieci wracają całe mokre z podwórka wnosząc błoto i piach. Patrzę na nich z wyrzutem i zanim zdążyłam cokolwiek dodać słyszę od najmłodszej pociechy ,, to nic nie stało'' (nic się nie stało )
- Wszystkie pieluszki prawie cała paczka porozwalane po pokoju. Pytam Julii co tu się stało!?
Słyszę: ,,miś ce pluszkę'' (miś chce pieluszkę)
- Robię coś w kuchni, słyszę krzyk Julii ,,mamoooo, mamooo pocy'' (mamo, mamo pomocy) Patrzę prze okno dziecię moje siedzi w piaskownicy przypłaszczone do ziemi, tak jak dzikie zwierzęta gdy się czegoś boją. Przerywam wszystko co robię, wypadam z domu, podbiegam do niej, a Julia spanikowana informuje mnie, że: ,,hitoter leci'' (helikopter leci)
- Wojtuś w przypływie nagłej potrzeby wydatku energetycznego biega po pokoju i krzyczy ŁAAAA, AAAA, HAAAA. Julia wskakuje mi na kolana i mówi ,,nie bój się Tusia, Tuś trasy' ( nie bój się Wojtusia, Wojtuś straszy)



Są jeszcze sytuacje typu:

- ,,mama do mnie'', ,, dać mama'' ( mama weź mnie na ręce/ na kolana ), najczęściej gdy coś robię :)
- ,, mama a cy moge siedzić'' ( mam czy mogę siedzieć, często na blacie w kuchni gdy robię coś do jedzenia)
- ,, mama a cy moge...'' ( mama a czy mogę wziąć ..) i tutaj różne rzeczy zabawkę, sprzęt kuchenny, książkę, długo by wyliczać ....



Ale te najbardziej wyjątkowe to:



- ,,mama tulić'' (mama przytul mnie)
- ,, kham cie mama, kham cie tata, kham Tuiś '' (KOCHAM CIE MAMUSIU, TATUSIU, WOJTUSIU)
- Wojtuś krzyczy: mamo mam dla ciebie prezent. Jaki? Taki, co trzeba go powiedzieć. Acha? 
 KOCHAM CIĘ MAMUSIIU KOCHANUSIU :) 



  Dodam jeszcze, że Julia teraz w wieku 22 miesięcy mówi wszystko jak na takie dziecko bardzo wyraźnie i to już od dłuższego czasu, więc przynajmniej w kwestii porozumiewania się nie mamy dodatkowych frustracji :)






  To tylko kilka z całej masy innych sytuacji :) Ale czy ja bym z tego wszystkiego zrezygnowała na rzecz tzw. świętego spokoju? Nie moi drodzy ZA NIC W ŚWIECIE! :)))









Miłego dnia :)

sobota, 15 sierpnia 2015

170. Urodziny TATY :)

   Z okazji urodzin mojego Męża powstała słusznych rozmiarów kartka. Trochę w pośpiechu, tak aby zdążyć zanim tatuś z pracy wróci...
  Dzieciaki bardzo się starały, mama troszeczkę pomogła, a tata był bardzo zadowolony :) 


 






  Doczekałam się też czerwonych pomidorków. Na szczęście Julia nie zdążyła oberwać wszystkich zielonych :)







Jeszcze kilka zdjęć z mojego ogródka :)








Pozdrawiam serdecznie :)

niedziela, 26 lipca 2015

169. Fée Bleu skończony i muffinki jagodowe.

    W Polsce szaleją upały, a u nas cały czas pada deszcz, jest chłodno i ponuro. Generalnie wszyscy mogą sobie trochę ponarzekać. Jedni na duchotę i wysokie temperatury, a inni na ich brak :)




  Jeśli o robótkach mowa, to nareszcie skończyłam moją Fée Bleu. Pozostało haft oprawić i powiesić.
Skąd wzięłam wzór i kolorystykę - pisałam tutaj, ale teraz jeszcze raz za niego DZIĘKUJĘ.








  Jak już wspomniałam pogodę mamy zupełnie niespacerową, więc staram się dzieciaki dodatkowo  czymś w domu zająć. Tym razem padło na muffinki z tego przepisu. Dodałam sporo jagód (ok.300g), a na wierzch kruszonkę i posypkę ku dziecięcej radości. Piekłam je ok.20 min (aż się lekko przyrumieniły) w temp. 180°C



Kruszonkę zrobiłam z 50g rozpuszczonego, ciepłego masła, do którego dodałam 50g cukru i 100g mąki.



Muffinki wyszły całkiem smaczne, wilgotne i nie za słodkie. A co ważne robi się je ekspresowo. Polecam :)








Pozdrawiam cieplutko :) 











niedziela, 12 lipca 2015

168. Relacja z wakacji :)

   Wakacje niestety dobiegły końca i czas powrócić do dawnej rutyny.
Te trzy tygodnie spędzone w Polsce były wyjątkowe pod wieloma względami.
Trochę czasu spędziliśmy na słabo zaludnionej podkarpackiej wsi, gdzie dzieciaki mogły hasać po polach i łąkach od rana do wieczora, karmić zwierzęta i robić inne ciekawe rzeczy. 

 





  Kilka dni spędziliśmy w Warszawie, gdzie jedną z atrakcji dla dzieci była wyprawa do zoo.
Okazało się jednak, że wycieczka, choć początkowo bardzo ciekawa, po jakimś czasie stała się dość nużąca dla najmłodszych uczestników wyprawy :)




  W nieco większym gronie, bo wraz z dwiema ciociami i wujem naszych dzieci, cztery dni spędziliśmy na Suwalszczyźnie, nad jeziorem Dowcień, gdzie mieliśmy zapewnione różne aktywności. Pływanie łódką, kajakiem, strzelanie z łuku, ping pong, rowery i wiele innych atrakcji.
Dzieci, a szczególnie Wojtuś mógł doświadczyć wielu rzeczy które w UK są niestety zabronione ze względu na posunięte do granic absurdu „dbanie o zdrowie i bezpieczeństwo” obywateli, które to w gruncie rzeczy znacznie ogranicza wolność osobistą :( 
Mam tu na myśli np. pływanie w jeziorze, czy palenie ogniska. 







  Łowienie ryb było dość ekscytujące, ale trwało zdecydowanie za długo, więc trzeba było chociaż nogami sobie w wodzie pomachać ;) Hm, ciekawe dlaczego żadna rybka się nie pokusiła na tego tłustego robaczka, skoro było ich tam całe mnóstwo i to widocznych gołym okiem :)




 
  Odwiedziliśmy również muzeum Wigier, gdzie Wojtek spędził sporo czasu przyglądając się tablicy z trującymi grzybami. Muszę tutaj dodać, że z nie do końca wiadomego mi powodu od dawna fascynują go trucizny!
Sam twierdzi, że jest trujący i nikt go nie może zjeść, ani nawet ugryźć :)






  Jeden dzień spędziliśmy na płyciźnie, nad jeziorem Wigry, gdzie dzieci miały wielką frajdę.








 
  Dodam jeszcze, że my jako rodzice też nieźle odpoczęliśmy, bo dzieciaki miały dodatkowo babcie dziadków, ciocie, wujków i całe grono znajomych, których można było zaciągnąć do wspólnej zabawy :)