Nieco więcej krzyżyków
pojawiło się na moich malinkach. Fajnie mi się je haftuje i plany
są na następny obrazek z tej serii, ale nie zacznę go, dopóki
malinek nie skończę. Dwa rozpoczęte hafty mi w zupełności
wystarczą :)
Od niedawna cieplejsze dni
u nas nastały i pomimo wczesnej wiosny już mogę się cieszyć
szczypiorem z mojego ogródka :) A taki był marny jak go wsadzałam
pierwszego roku. Myślałam, że guzik z niego będzie, a tu proszę
jak się rozpanoszył :)
Sam mi się rozsiał dziko
i nieco dalej niż początkowo planowałam, ale zdecydowałam, że
tak zostanie :)
Do następnego razu :)
Wczoraj wieczorkiem dotarła
do mnie przesyłka od Gosi z Mamelkowa za wygraną zabawę pod
tytułem zagadka kryminalna. Zanim zacznę się rozwodzić na jej
temat zaznaczę, że przesyłka dotarła do mnie w ekspresowym
tempie, bo w zaledwie kilka minut (tak, tak, kilka minut, to nie
pomyłka), a dostarczył ją kurier tak solidny, że własne dziecko
powierzyć mu byłoby można, gdyby potrzeba taka nastąpiła :)
Brzmi jak bajka?
No cóż, w dzisiejszych czasach, nierzadko się
słyszy o przesyłkach widmo, nie docierających do adresata, ale w
tym przypadku mowy o czymś takim być nie mogło! Ktoś pewnie
zapyta jak ta Kobieta to robi? Skąd takich kurierów wynajduje?
Ano
moi drodzy Męża własnego o przysługę prosi :)))
W tym miejscu pragnę
podziękować Mężowi Gosi za fatygę :)
Teraz przejdę do mojej
nagrody:)
Fakt, że wygrałam zabawę
napawa mnie dumą niezmierną :) Istnieje więc ryzyko, że woda
sodowa uderzy mi do głowy. Spory esej, zamiast krótkiej listy
zakupów dla Męża może być jedynie niewinnym początkiem :)
Dostałam przepiękne rzeczy!
Fartuszek w ptaszorki (mój
już dawno ma za sobą czasy swojej świetności), zaparzaczka do
herbatki z uroczym żabolkiem, śliczne składane pudełko, które
powędruje do pokoiku Julii oraz zestaw cudnych kwiatowych mydełek.
Wszystko jest absolutnie
cudne!
DZIĘKUJĘ :)
Na koniec jeszcze tyko
życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych dla wszystkich, którzy
tutaj zabłądzą :)
Niech nadzieja
zmartwychwstania przynosi Wam radość,
której nic nie zdoła
przyćmić.
Dzisiaj kolejna odsłona Fée
Bleu. Niewiele miałam czasu na haftowanie więc i postępy dość
marne. Cieszy mnie jednak fakt , że w tym ogólnym moim zabieganiu i
tak udaje mi się po kilka krzyżyków od czasu do czasu postawić :)
Miłej niedzieli :)
Niedawno
przypomniałam sobie, że nie pokazywałam jeszcze oprawionego Liska,
który już od jakiegoś czasu dumnie wisi obok innych Nimuë :)
Z
racji kiepskiego oświetlenia i kiepskiego sprzętu fotograficznego
sesję robiłam w ogródku i takowa chyba bardziej do mnie przemawia
:)
Ramka
taka jak u innych moich haftów z tej serii i jak zwykle bez szybki.
Pogoda ostatnimi dniami
nieco nas rozpieszcza, więc korzystając z tego faktu, wczoraj gdy moja
najmniejsza pociecha miała drzemkę, a starszak przebywał w
przedszkolu zaszyłam się w ogródku próbując nieco ogarnąć
temat. Ogródek jest bardzo zaniedbany i nie chodzi tu tylko o prace
porządkowe po zimie.
Co
nieco ogarnełam, ale można by uznać, że to kropla w morzu potrzeb i pomimo niewielkich
jego gabarytów jest sporo do zrobienia.
Praca w ogródku, to dla mnie
sama przyjemność i lubię tego typu wysiłek, więc płakać nie
będę. Jedynie nad czym mogę zapłakać, to nad ciągłym brakiem
czasu na te moje dodatkowe zajęcia :)))
Tak czy siak, ogłaszam sezon
ogródkowy u mnie za otwarty ;)
Pozdrawiam serdecznie :)
W poprzednią sobotę
odwiedziła mnie Gosia wraz z mężem i dzieciaczkami.
Post miał być napisany już kilka dni temu, ale
jak to często bywa niedane mi było wcześniej się za to zabrać...
Było super. Dzieciaki się
wybawiły, a my mogliśmy trochę pogadać.
Dużo by pisać, ale tak w
skrócie, to czas spędzony w przemiłym towarzystwie :)
Oczywiście Gosia nie była by
sobą, gdyby nie przytachała ze sobą góry prezentów dla mnie i
moich szkrabów :)
Wojtuś i Julcia zostali
obdarowani superaśnymi czapkami godnymi szefa kuchni oraz
ręczniczkami kuchennymi, dzięki czemu każde nasze wspólne
pieczenie stanie się jeszcze większą atrakcją :)
Dodatkowo uroczy zestaw
wielkanocnych figurek do własnoręcznego pomalowania i mnóstwo
słodyczy :)
Ja dostałam śliczne puszki
do kuchni oraz przepiśnik, na kupno którego zaczajałam się już
od jakiegoś czasu, ale ciągle o nim zapominałam. W końcu będę
mogła poskromić swoje wszędzie fruwające karteluszki, zapisane w pośpiechu i zawierające
wyłącznie sprawdzone przepisy :) Ciekawe skąd ona o tym wiedziała?;)
Wszystko to w cudnych
kolorkach :)))
Gosiu DZIĘKUJEMY!
Dzisiaj chcę jeszcze pokazać
począteczek kolejnego haftu jaki niedawno zaczęłam – malinki V.
Enginger, którym się oprzeć nie zdołałam :)
Dziękuję za wszystkie Wasze
komentarze, bez których
prowadzenie bloga nie byłoby takie
przyjemne :)
Wzór
który opracowała i udostępniła Валерия
Касинская
z bloga Valerikas zauroczył mnie do tego stopnia, że już dawno
postanowiłam go wyhaftować. Dodatkowo dzięki uprzejmości Chagi z
bloga Pasje odnalezione haft będzie miał śliczną błękitną
kolorystykę.
W tym miejscu, korzystając z okazji chciałabym podziękować dziewczynom, za to, że się podzieliły swoją pracą. DZIĘKUJĘ.
Dzisiaj mam do pokazania zaledwie jego początek.
Dodatkowo przymierzam się do
innego haftu, o którym innym razem, a do którego brakowało mi
10 kolorków muliny, i które mój wspaniałomyślny Małżonek nabył
dla mnie, jak tylko się dowiedział o moim drobnym nieszczęściu
:)))
Zdarzyło się też, że i
moje zapasy lnu znacznie się uszczupliły, no i tu również pomoc ze
strony Męża nadeszła niespodziewanie prędko : )
O ile zwykłą mulinę DMC
każdy zna i raczej nikogo tutaj nie zadziwię, to len jaki sobie wybrałam
jest inny niż wszystkie, jakie miałam do tej pory. Jest to len
Zweigart Belfast 32 ct o kolorze vintage dune ;-o i bardzo mi się
spodobał :)
Pozdrawiam
serdecznie :)
Witajcie
:)
Choróbska
panoszyły się w naszym domu dość długo, za długo jak na mój
gust, i wyssały z nas całą energię (przynajmniej ze mnie),
ale teraz jest już lepiej i miejmy nadzieję, że tak zostanie na
długi czas.
Z
robótek udało mi się jedynie zrobić mały hafcik na kartkę na
rzecz chorej Ali, o której pisałam w ostatnim poście.
Przygotowałam
jeszcze len na następny haft, którego pierwszą odsłonę niebawem
pokażę.
W
czasie kiedy choróbska trawiły naszą Rodzinę musieliśmy ( bo
wszystko było ustalone, zarezerwowane) odbyć podróż do Londynu w
celach paszportowych. Podróż mało ekscytująca i raczej niezbyt
przyjemna właśnie ze względu na choroby dzieci, ale i tak z
całości dało się wyłuskać parę przyjemnych chwil.
Pierwszy
raz, poniekąd zmuszeni sytuacją byliśmy rodzinnie w McDonaldzie :)
Wojtuś doszedł do wniosku, ze jedzenie mu nie smakuje i zadowolił
się słodką bułeczką, którą miałam w torbie, oraz kilkoma
frytkami. Z jednej strony byłam niezadowolona, że mało co zjadł,
a z drugiej strony nawet się cieszyłam, że mu takie fast food –
owe żarcie nie smakowało ;) Inna sprawa, to też taka, że jak się
jest chorym to apetytu brak, ale trzymajmy się optymistycznej
wersji, że mój syn nie lubi dosłownie wszystkiego, co smażone na głębokim
tłuszczu ;)))
Na
jednej z londyńskich stacji (nie wiem, czy na innych też) są
porozstawiane pianina i każdy może usiąść i pograć jeśli
tylko ma na to ochotę. Ba, może nawet pograć dla dość szerokiej
publiki i to nie w byle jakim mieście ;)
Ja
i Mąż mieliśmy nawet okazję posłuchać wspaniałej gry pary
młodych, ale niezwykle utalentowanych wirtuozów :)))
A
skoro dzisiaj Walentynki i na każdym kroku o sercach mowa, to chyba nic się nie stanie, jak się
pochwalę moimi nowymi, cudownymi nabytkami, którym oprzeć się w
sklepie nie byłam w stanie... ;)
Pozdrawiam
serdecznie :)